Kultowy piątek

Kult

W piątek byłem na koncercie Kultu w Centrum Stocznia. Na taką okazję czekałem długi czas :)

Na teren zaczęto wpuszczać od 18. Mi osobiście to bardzo pasowało, bo o tej godzinie kończyłem zajęcia na uczelni, a daleko stamtąd nie mam. Ucieszyłem się niezmiernie gdy się dowiedziałęm, że występ jest w budynku, pod dachem, bo na dworzu zbyt ciepło nie było, a ja w dodatku raczej nie za bardzo odpowiednio ubrany na taką pogodę. Szybko przeszedłem przez ochroniarzy i znalazłem się przed barem, gdzie czekano na otwarcie drzwi do właściwego pomieszczenia. Kupiłem sobie koszulkę Kultu (40 zł sic! ale raz można się wykosztować, bardzo porządnie wykonana się wydaje) i czekałem...

...około 18.30-18.40 otworzono drzwi i ciżba wbiła się do wnętrza. Ja znalazłem sobie miejsce przed samą sceną i głośnikiem ^^" Do momentu supportu z głośników wydobywała się muzyka klasyczna, a na ekranie puszczana z rzutnika była prezentacja o Tybecie (przez pewien czas było porównywanie tego do Polski podczas zaborów i wojny - dość specyficzny dobór).


Wybiła godzina 19.00 i na scenę wkroczył, a raczej wskoczył, zespół Plagiat199. Z tego co słyszałem mieli zacząć o 20, ale jakoś nikt im tego specjalnie za złe nie ma, a przynajmniej ja ;) Dziewczyna-wokalistka miała głos niczym trąby jerychońskie, w niektórych partiach jeszcze trochę i rozsadziłaby mi bębęnki uszne. Grupa jak nic rozruszała publiczność w trakcie grania swojego repertuaru około 10 piosenek.

Właściwy koncert Kultu zaczął się z pewnym opóźnieniem, bowiem o 20.30. Kazik juz na wstępie przeprosił za to, skarżąc się na pewne nieporozumienia logistyczne i problemy techniczne. A potem się zaczęło :D 2 i pół godziny pięknej zabawy. Na koncertach jest tak, że publiczność się zawsze bawi, za to ochroniarze stoją jak posągi i pilnują. Tutaj ten schemat został jak najbardziej przełamany - ludzie z napisem Kult Ochrona na koszulkach sami wręcz czasami zachęcali widownię do zabawy, a kilku z nich rzuciło się na ręce i zostali przez chwilę poniesieni przez tłum. Wielkim plusem było też około 20 6-butelkowych zgrzewek schłodzonej wody mineralnej, którą publiczności stopniowo wręczano. Kazik śpiewał jak szalony, a to znaczy, że tak jak zawsze, z tą samą energią i tą samą charyzmą, jaką spotka się u niego na każdym innym koncercie, pomimo upływających lat. Na ekranie za nim do każdej piosenki wyświetlana była jakaś prezentacja czy wizualizacja. Najbardziej ujmująca z nich byłą artystycznym odbiciem piosenki Czterej Jeźdźcy, kto zna tekst ten może się domyślić co przedstawiała.

Jeśli zaś chodzi o samą widownię - zdecydowanie przeważała młodzież. Wśród ludzi mignął od czasu do czasu jakiś mój znajomy. Ludzie stali jak sardynki w puszce, a mimo to nie narzekali. Średnio co 3 minuty ktoś lądawał z przodu poniesiony przez widownię na rękach, sam przerzuciłem około 8 osób (jako że stałem z samego przodu to podawałem je bezpośrednio do ochrony; miałem w tym jeden "psikus", gdy jedna z dziewczyn się odwróciła nagle na brzuch i musiałem ratować twarz wyciągnięciem ręki prosto w jej pierś, dość potężną i jędrną przy okazji, zaznaczę :P).

Sama organizacja koncertu pozostawiała w kilku aspektach trochę do życzenia - od problemów technicznych na scenie po karygodne akcje przy szatniach (mnie to na szczęście nie spotkało - nieumiejętny dobór stroju do pogody czasami ma swoje plusy xP). Z dachu na scenę czasami kapała woda, jak słyszałem zjawisko częste w Centrum Stocznia.

Jak ja się bawiłem? Przednio! Byłem w pierwszym rzędzie, na metr od Kazika. I szczegół, że prawie ogłuchłem, że w uszach mi jeszcze teraz nawet piszczy od tego jak głośno było, że gardło w niedzielę miałem całkowicie zdarte i zostałem trochę poobijany. Jest to na pewno koncert, którego nie zapomnę i jakich chcę więcej :D

A ostatnimi słowami Kazika schodzącego ze sceny były "Kocham Was!".

20-lecie Big Cyc

Wczoraj na Targu Węglowym odbył się jubileuszowy koncert w okazji 20-lecia działalności zespołu Big Cyc. No i było zacnie ^^
Impreza zaczęła się z półgodzinnym obsuwem, ale nikogo to nie zniechęciło. Na początku na scenę wyszedł kabaret Neonówka z Wrocławia ze swoim bardzo szybkim pokazem - kilka skeczy, które i tak wywołały salwy śmiechu u publiczności. W mojej ocenie "Polacy u bramy" (jak to nazwałem) był najbardziej pomysłowy i życiowy.
Następnie pojawił się prezydent Gdańska, Paweł Abramowicz, pogadał trochę ze Skibą i sobie poszedł. Zastąpił ich Oddział Zamknięty. Przyznam, że był to dobry pomysł na taki support, ludzie przed sceną z chęcią śpiewali wraz z wokalistą. Lekkim niewypałem była pierwsza dziewczyna zabrana z widowni do śpiewania z zespołem. Prosto mówiąc - talentu ona nie miała.
W czasie tak zwanej 'zapchajdziury', podczas przepinania sprzętu, nie było standardowej dla koncertów ciszy - na deski wyszła para estradowców, którzy wykonali dwa bądź trzy śmieszne utwory.
No i zaczęło się - Big Cyc ryknął i odśpiewano Berlin Zachodni. Usłyszeliśmy też kilka innych bardzo znanych utworów, jak i także trzy z najnowszej płyty "Szambo i perfumeria". Wśród gości zaproszonych na koncert pojawili się Kasa (który porwał publikę w rytm reggae przeróbek kilku swoich utworów połączonych w całość), Czarno-Czarni (wcale nie ustępujący poprzednikowi) oraz Andrzej Grabowski ze swoim parominutowym skeczem. Zabrakło zapowiadanej w reklamach imprezy Urszuli. Na zakończenie wszyscy wyszli na scenę i zaśpiewali finałową Balladę o smutnym skinie. Godzina 0:45 - koniec.

A teraz trochę odczuć osobistych ^^ W ten sam dzień grała Lechia, przez co wśród publiczności dominowały kolory biało-zielone. Widziałem co najmniej jedną bójkę, pod nosem samych ochroniarzy, Ci jednak nie zrobili nic, bo się po prostu.. bali. Poza tym ledwo słyszę na lewe ucho, stanie pod samym głośnikiem ma zarówno swoje plusy jak i minusy. No i oczywiście nie za bardzo mam jak mówić, jak się bawić to się bawić ;)
Nie należę do jakichś specjalnych fanów Big Cyca czy innych z zaproszonych gości, jednak dawno się tak przyjemnie nie bawiłem. Prawdą jest, ze w momencie gdy zespół jest zadowolony, zadowolona jest publiczność, a gdy publiczność się cieszy, cieszy się i zespół. A tutaj było widać tą zależność idealnie - kontakt z widzami był nawiązywany prawie na każdym kroku. Udało mi się nawet zmusić kolegę do zabawy w takich klimatach, co nie uważałem za dość możliwe. Podsumowując - "chleba i igrzysk!". Czyli chcemy więcej! :D

O moja głowa...

Miałem napisać coś o koncercie RHCP, jednak wcale mi się nie chce, nie mam siły. A przed tym co niżej napisane nie miałem czasu. Mogę powiedzieć jedynie, że repertuar mi się do końca nie podobał, ale patrząc na to od strony - nie podobały mi się do końca piosenki które śpiewali, a mogło mnie tam nie być i nie mógłbym powiedzieć że było zarąbiście, wybór jest raczej oczywisty.
Od piątku do dzisiaj trwał Teleport 2007 - konwent. Zamiast jak normalny ludź spać w nocy, to jak wstałem w piątek o 9 tak, nie licząc 3-godzinnej kimki w niedzielę, dopiero za niedługo pójdę spać. Czyli około 3h snu/86h całości. I co najlepsze póki co przesiedziałbym jeszcze jeden dzień pewnie ^^" A może i więcej. Chociaż głowa powoli zaczyna ciążyć i boleć, ale whatever :P Jednym zdaniem z kolokwializmem - było zajebiście :D

Chorzowie, nadchodzę!

Dzisiaj wyjazd na koncert Red Hot Chilli Peppers :D Około kwadrans po 21 autobus do Gdańska, do koleżanki po nią, na dworzec i 0:32 (albo 36, nie pamiętam :P) pociąg do Katowic. Czy mam już wszystko spakowane?
- aparat - jest
- mp3 player - jest
- żarełko, piciu - są
- ciuchy na zapas - są
Coś jeszcze? O.o
O, dezodorant dopakować trzeba! A jakby ktoś jeszcze zauważył brak jakiejś ważnej rzeczy - pisać.
Jak będę pamiętał to będę pisał na bieżąco coś na moje konto na Twitterze.

Do zobaczonka po powrocie przed kompa, powinny być fotki i wrażenia :]


EDIT: Ahaaa, pociągiem 10 godzin, więc i trzeba się czymś zająć (kto by spał :P), książka, papier, coś dopisania i karty do gry też się przydadzą.

Ye Ye Ye!!!

Wygrałem podwójny bilet na koncert RHCP!!! omg, głupi jednak ma szczęście XD